Lśniąca, satynowa, w odcieniu krwistej czerwieni sukienka wisi na szafie, a ja odnoszę niemiłe uczucie że się ze mnie po prostu śmieje, drwiąc z tego, że zamierzam ją założyć. Wzdycham ciężko i z miną męczennicy podchodzę do niej, chwytając czarny wieszak w dłonie. Mam wrażenie że za moment zwymiotuję na nowe, kremowe szpilki stojące zaraz pod nią, a one stracą na wszystkim. Przez moment wydaje mi się to nawet kusząca propozycja aby mieć wymówkę i po prostu resztę dnia spędzić w łóżku.
Przejeżdżam dłonią po śliskim materiale, zagryzając mocno dolną wargę. Próbuję unormować swój przyśpieszony oddech ale myśli które ciągle uciążliwie męczą mój umysł ani śnią odpuścić, doprowadzając mnie tym samym do chęci wydrapania sobie oczu. Wyimaginowany obraz mojej własnej rzeczywistości pęka jak bańka mydlana w momencie, kiedy uświadamiam sobie że mam tylko pół godziny na doprowadzenie się do porządku.
Spotkania biznesowe mojego ojca są jedną, największą wadą w jego zawodzie. Pracuje jako przedstawiciel handlowy jednej z większych firm na rynku, a co się z tym wiąże - jego, jak i zarówno nasze życie jest dość skomplikowane, jak splątany sznurek którego rozwiązanie potrafi zająć dużo czasu. Ale i również nerwów, które potrafią zmieniać barwę tak często jak zmienność jego charakteru, rozpoczynając od porannej kawy a kończąc na kłótni o rozwodzie.
Kiedyś myślałam że nie jestem w stanie tego zaakceptować. Ciągły stres i nerwy powodowały u mnie silne załamania, jakby ktoś próbował złamać gałązkę. Jako 15 latka przechodziłam okres buntu, jednak tamten czas pamiętam jak przez mgłę, ledwo namacalną, drgającą jak tafla wody podczas ulewnego deszczu. Nie, żeby mi było przykro z tego powodu. Ale z czasem przestałam wszystko czuć, a moja psychika zmieniła mocno nastawienie do otaczającego mnie świata, zniekształcając go jak żar plastikową butelkę. Paradoks.
Przyglądam się sobie w dużym lustrze ze złotą ramą. Moja podświadomość krzyczy mi, że w tym odcieniu wyglądam naprawdę dobrze. Ostra czerwień mocno kontrastuje z moją bladą cerą w odcieniu kości słoniowej, jak twierdzą wszyscy - delikatnej jak jedwab, gdzieniegdzie przyozdobionej małymi pieprzykami. Nie sądziłam że mój ojciec ma taki dobry gust.
Na samą myśl o zbliżającym się wydarzeniu żołądek postanawia sobie ze mnie pożartować, a nie pomaga mi to ani odrobinę w zrobieniu makijażu, którego wymaga ode mnie tata. Lubi on kobiety zadbane, przez co kładzie mocny nacisk na mnie, moją mamę oraz starszą siostrę. Tylko brat jest od tego wolny, i w takich momentach zazdroszczę mu tego, że jednak jest facetem, a jego dbanie o siebie ogranicza się tylko do wzięcia prysznica i wypsikania się drogimi perfumami. Tak już jest.
Uśmiecham się lekko, ledwo zauważalnie, podczas patrzenia w swoje odbicie. Mogłam przyznać sama przed sobą, że odwaliłam kawał dobrej roboty. Z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia, myślę, spinając wsuwką pasma włosów po bokach mojej głowy. Przejeżdżam palcem wskazującym po policzku, wędruję nim aż do ust, i mocniej rozcieram czerwoną szminkę. Denerwuję się.
Biorę głęboki wdech, próbując opanować całą siebie, co przychodzi mi z ogromnym trudem. Wir kolokwialnych wspomnień ponownie tańczy mi przed oczami, ale nie znajduje stałego miejsca w moim umyśle - przechodzi jak tornado, które ginie wokół otaczającej go nicości, pozostawiając jedynie głuchą, pustą ciszę. Pozostawiając brak jakiejkolwiek nadziei. Zaciskam mocno oczy, liczę po cichu do dziesięciu, otwieram je i zdecydowanym ruchem chwytam czarną torebkę leżącą na białej pościeli mojego łóżka. Ostatni raz zerkam niepewnie w lustro, po czym otwieram drzwi i chwiejnym krokiem schodzę na dół.
Stoję w dużym holu. Ściany mają tutaj odcień złota, szkarłatu oraz bieli. Pod sufitem wiszą kryształowe żyrandole w wiktoriańskim stylu. Na ścianach swoje miejsce znalazły obrazy, które mama kupiła w Paryżu na wystawie młodego artysty, kiedy była tam w sprawie nowego wydania jej magazynu, oraz aby spotkać się z jedną z modelek które miały zagościć na jednej z jego okładek ze specjalnej sesji zdjęciowej. Duże okno ciągnące się przez całą ścianę umożliwiało widok na całą panoramę Suelu. Miętolę nerwowo kawałek satynowej sukni i podchodzę do niego, uśmiechając się lekko pod nosem na obraz przyjemnego widoku. Słońce dawno zniknęło za horyzontem, a nocne życie tego miasta już się rozpoczęło.
– Seo, czy jesteś gotowa? – do moich uszu dobiega chrypki głos ojca. Odwracam szybko głowę, by ujrzeć przede mną wysokiego mężczyznę, ubranego w czarny garnitur. Ciemne włosy są zaczesane do tyłu na żel, a pomimo wszelakich próśb matki - nadal nie zgolił brody.
– Chyba tak – odpowiadam lekko spiętym głosem. Wysilam się na zobojętniały uśmiech. – Tak, ojcze – dodaję, widząc jego niepewną minę. Nie podoba mi się to.
– Denerwujesz się? – pyta, kręcąc głową. Od zawsze miał specyficzny charakter i nigdy nie potrafił zrozumieć kobiet. Dla niego świat zawsze był prosty, czarno - biały.
– Odrobinę – przyznaję. A niech to, niech jeszcze rozpocznie się przesłuchanie oraz wygłaszanie jego mądrości.
Z uciążliwej sytuacji ratuje mnie mama, schodząca właśnie po krętych schodach. Ma na sobie długą suknię w kolorze oceanu, która ciągnie się za nią odrobinę po podłodze. Wygląda jak zawsze olśniewająco, i przy niej sama bogini piękna wypadłaby naprawdę słabo, usuwając się posłusznie w cień.
– Co tu się dzieje? – na jej ustach błądzi lekki uśmiech.
– Tato się po prostu pytał czy jestem gotowa – powstrzymuję chęć przewrócenia oczami. – Ślicznie wyglądasz, mamo – gładko zmieniam temat. Naprawdę nie mam ochoty na dalszą dyskusję.
– Dziękuję kochanie – podchodzi do mnie, a wysokie szpilki odbijają się echem od lśniącej podłogi. Całuje mnie lekko w policzek, starając się nie ubrudzić mnie ciemną szminką.
W tym samym momencie do moich uszu dociera rozbawiony głos mojego młodszego brata oraz cichy chichot naszej starszej siostry. Odwracam się w stronę drzwi prowadzących do dużego przedpokoju i natychmiast Eunji doskakuje do mnie w trybie natychmiastowym, wieszając mi się na szyi. Umysłem próbuję pojąć jak ona to zrobiła na 15-sto centymetrowych szpilkach, ale wirująca rzeczywistość przysłania mi wszystko mgłą. Cholerne zdenerwowanie, myślę, obejmując ją dłońmi w pasie. Żałuję że nie mogę podzielić jej entuzjazmu.
Eunji to wysoka blondynka o krągłościach w odpowiednich miejsach. Ma 21 lat i studiuje filozofię na jednym z najlepszych prywatnych uniwersytetów jakie tylko są w Korei. Gdy się ją spotyka pierwszy raz można odnieść wrażenie że to zamknięta w sobie dziewczyna, która boi się otworzyć na innych - nic bardziej mylnego. Wystarczy odpowiednie towarzystwo by zamieniła się w tryskającą energią oraz radością Eunji, ze swoim naturalnym błyskiem w oczach, które swoją drogą są w stanie otumanić każdego, kto tylko w nie spojrzy. Lekko przysłonięta tajemniczością jeszcze bardziej przyciąga niezwykle cenną uwagę.
Której ja nie potrafię zdobyć.
– Wyglądasz ślicznie, Seo-ah – stwierdza, przyglądając mi się uważnie. Nawet pod wzrokiem siostry muszę odczuwać chęć zapadnięcia się pod ziemię.
– Ty również, Eunji. Purpura to zdecydowanie Twój odcień – bąkam nieśmiało.
Czasami naprawdę mam dość tej sztywności.
– Minhyuk mówił, że mamy stawić się w Pride o 20, drogie Panie – mówi ojciec, marszcząc brwi podczas patrzenia na nowy zegarek. – Więc mamy pół godziny.
Wymieniamy z Eunji krótkie spojrzenia. Zaciskam mocno usta kiedy mocno chwyta moją rękę w podekscytowaniu.
Wieczór dorosłych czas zacząć.
Sala Pride mieści się w okazałym wieżowcu ze szkła oraz stali, wysokiego na 25 pięter. Samo miejsce zebrań znajduje się zaraz na parterze.
Muszę przyznać sama przed sobą że sala jest naprawdę ładna. Utrzymana w skrajnie różnych odcieniach tworzy nieodłączalną, wyjątkową całość, umiejętnie oddającą kruchą atmosferę, przesiąkniętą zarówno stresem jak i dobrym humorem. Czuć to aż nad wyraz wyraźnie, ale przez moment myślę, iż to jest właśnie urok całej niecodzienności. Nie potrafię jednak długo tego utrzymać, bo zaraz myślę sobie o przedstawianiu mojej osoby przed gronem blisko stu osób, i chce mi się zwrócić czerwone wino prosto na śnieżnobiały obrus.
Siedzę ściśnięta pomiędzy moim bratem a siostrą, która zajęta jest rozmową z naprawdę przystojnym facetem, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Odstawiam kieliszek ze szkarłatną cieczą na stół i wyczekuję pojawienia się głównego gościa dzisiejszego wieczoru - Kim Soungha, głównego przedstawiciela firmy handlowej, współpracującego z przedsiębiorstwem mojego ojca. Oprócz spraw słóżbowych są oni dobrymi przyjaciółmi, a Soungh to bliska osoba dla naszej rodziny.
– Seo, oddychaj – czuję lekkie szturchnięcie w bok, po czym odwracam głowę i muszę zmierzyć się z karcącym wzrokiem mojego młodszego brata. Skulam się w duchu. – Masz całe sine usta, nie masz czym się stresować.
– Łatwo Ci mówić – prycham, jednak w duchu doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ma on rację.
Czasami jednak nie umiem stoczyć wewnętrznej walki twarzą w twarz z moim lękiem, jakby coś pochłaniało mnie od środka, drgając powoli jak bańka mydlana. Staram się oddychać za prośbą mojego brata.
Do moich uszu dobiega cichy pisk spowodowany zakłóceniami mikrofonu, z którym stara się walczyć dwójka mężczyzn z obsługi, sprawiając że każdy momentalnie skupia się na nich. Wodzę wzrokiem po twarzach zebranych osób i dostrzegam że próbują stłumić śmiech. Po chwili na środku sali pojawia się mężczyzna ubrany w granatowy garnitur oraz czerwony krawat, wyglądający młodziej niż zazwyczaj, który przejmuje złośliwe urządenie. Od razu rozpoznaję charakterystyczny uśmiech na szerokich ustach, który zawsze miał w sobie odrobinę tajemniczości i intrygancji, zmuszając byś zwróciła na niego swoją uwagę mimowolnie - Kim Soungh. Zauważam kątem oka jak tata momentalnie się ożywia na jego widok, skupiając całą swoją uwagę na dobrym przyjacielu.
Przedstawienie czas zacząć.
– Firma ma naprawdę dobre akcje, Myung. Myślę że powinniśmy iść w dalszym kierunku, jeżeli chcemy utrzymać dobrą, a nawet wyższą pozycję na rynku.
Słucham w znudzeniu rozmowy mojego taty z Sounghiem, starając się powstrzymać aby nie zasnąć. Idzie mi to dość opornie, zwłaszcza walka z objęciami Morfeusza, a obraz rozmywa się niekontrolowanie. Przeżyłam przedstawienie i naprawdę chciałabym wrócić do domu aby móc odetchnąć po dzisiejszym wieczorze.
– Masz jakiś plan, Soung? Ostatnio spędzałeś godziny w swoim gabinecie i żywiłem nadzieję, że planujesz coś większego. Coś, co zmiotłoby pozostałe firmy, a z Twoimi ambicjami jest to możliwe – ojciec sięga po jedną krewetkę leżącą na złoconym talerzu, a ja przyjmuję do świadomości że jestem głodna.
Ale kalorie.
– Właściwie, to tak. Planuję podnieść oraz uporządkować wszystkie materiały aby przyjrzeć się dokładniej czego nam brakuje. Dojrzenie ukrytych wad w naszych papierach jest podstawowym fundamentem odniesienia jakiegoś większego sukcesu, a później już tylko z górki.
Spoglądam na Eunji zajętą pisaniem SMSa na telefonie. Wzdycham w duchu że przez moje zdenerwowanie, które opanowało i ścisnęło mnie niewidzialnym sznurem mocniej niż zazwyczaj, zapomniałam nawet telefonu a on mógłby okazać się jedyną, porządną rozrywką na tym nudnym bankiecie. Zaciskam mocno usta i nie pozwalam uciec moim poszarpanym myślom poza obaszar mojego umysłu, chociaż i tak czasami uważam że wybiegają one zdecydowanie zbyt daleko. Jakbym dotykała palcami niebezpiecznie kruchego lodu, pod którym znajduje się gorąca lawa, gotowa spalić wszystko co tylko stanie jej na drodze i wyrzucić gdzieś pomiędzy wraki człowieczeństwa. Brak zahamowań oraz barier.
– Seo, wyglądasz jakbyś miała nam za moment padnąć – słyszę ironiczny głos mojej siostrzyczki, co wprawia mnie w stan chęci wywrócenia oczami, czyli czegoś, czego nie znosi jeżeli chodzi o jej skomplikowanie złożoną osobę. – Wróć do rzeczywistości – ignoruję jej dłoń przed moimi oczami.
– Chciałabym po prostu wrócić do domu, Eunji – rzucam opryskliwym tonem.
W tym samym momencie naszą uwagę zwraca zamieszanie tworzące się przy głównym wejściu. Wychylam mocniej głowę aby dojrzeć dokładniej co się dzieje, jednak zostaję brutalnie popchnięta na siedzenie przez mojego brata, który nagłym ruchem wstał z krzesła. Spoglądam na niego zdezorientowanym wzrokiem, a później na resztę otaczających nas ludzi. Nie rozumiem całego zamieszania, dopóki do moich uszu nie dobiegają stłumione krzyki.
Nie potrafię zareagować kiedy do pomieszczenia nagle wpada 4, może 5 mężczyzn. Zauważam że każdy z nich jest ubrany tak samo - w czarną, skórzaną kurtkę, biały podkoszulek, czarne spodnie oraz tego samego koloru buty. Przyglądam im się początkowo z fascynacją, ale nie umiem dokładnie dojrzeć ich twarzy, praktycznie każdy z nich ma na sobie ciemną maskę oraz grzywkę zasłaniającą oczy. Jedynie jeden z nich nie zasłonił swojej twarzy.
Czuję jak ktoś mnie łapie mocno za rękę i podnosi z krzesła. Z moich ust wyrywa się cichy syk a serce momentalnie przyspiesza swój rytm, uspokajam się dopiero w pewnym stopniu kiedy widzę swojego ojca. Przełykam ciężko ślinię widząc jego przysłoniętą strachem oraz zimnym opanowaniem twarz. Nie wiem co się dzieje.
Słyszę cichy krzyk mojej siostry, co wprawia mnie w stan oszołomienia, odcinając od rzeczywistości. Czuję jedynie jak silna dłoń puszcza moje ramię, a ja zostaję sama wśród otaczającego mnie chaosu. Dociera do mnie tylko obraz uciekających ludzi, mężczyzn, kobiet czy nawet tych w moich wieku. Dyszę cicho, rozglądając się po całym pomieszczeniu - nie wiem nawet kiedy to wszystko się stało, dla mnie były to tylko złamane sekundy dalszego istnienia. Krzesła stojące przy stołach były porozrzucane po całej sali, niektóre połamane a inne całkiem zniszczone. Obrusy zostały poplamione przez jedzenie, które wylądowało nawet na czerwonych ścianach, oknach czy nawet zasłonach. Jak przez szybę dobiegają do mnie krzyki ludzi, odnoszę przepojone strachem uczucie że nawet i śmiechy.
W tym samym momencie odzyskuję kontrolę nad swoim ciałem. Zauważam kątem oka jednego z nich, wysokiego bruneta z włosami zaczesanymi na żel. Czuję jak tracę grunt pod nogami w momencie kiedy dostrzegam malujący się na jego ustach uśmiech oraz błyszczący w świetle lamp pistolet w prawej dłoni. Próbuję oddychać i zmusić swoje ciało do wykonania jakiegoś ruchu, jednak wszystko stanęło w miejscu. Nie potrafię.
– Sehun! – brunet odwraca głowę i opuszcza pistolet. Uśmiech na jego ustach poszerza się jeszcze bardziej, więc wodzę za jego wzrokiem, i dostrzegam zmierzającego w naszą stronę kolejnego z nich.
Wysilam się, aby dokładnie przeanalizować jego twarz. Nazywam samą siebie w myślach hipokrytką, prawdopodobnie chcą mnie zabić, a ja chcę znać chociaż twarz każdego z nich. Ma blond włosy z przedziałkiem pośrodku oraz śniadą karnację i duże, pełne usta.
Moja dłoń wędruje do ściany kiedy patrzy na mnie, uśmiechając się przy tym dziko, z jakimś nieznanym dla mnie dziecięcym podekscytowaniem w oczach. Nie potrafię dokładnie tego określić, ponieważ całą swoją uwagę skupiam na tym, aby wykonać jakiś ruch. Cokolwiek, co umożliwiłoby mi ucieczkę. Jednak nie jestem w stanie.
– Panna Lee – cmoka z dezaprobatą blondyn, stając obok bruneta. Oddycham szybciej, kiedy przejeżdża po moim ciele wzrokiem, a ja stoję przygwożdżona plecami do chłodnej ściany, nijak ułatwiającej mi ucieczkę.
Wymieniają się z brunetem spojrzeniami, kiedy słyszą policyjną syrenę pod budynkiem. Ten drugi w trybie natychmiastowym chowa pistolet do kurtki po czym zwinnym ruchem doskakuje do okna wychodzącego na tyły wieżowca i ginie za nim, tak samo jak reszta.
– Do zobaczenia, ślicznotko – otwieram szerzej oczy kiedy blondyn mruga w moją stronę, i w tym samym momencie kiedy do środka wchodzą policjancji i robi to, co poprzednio jego wspólnik.
Siedzę w samochodzie opatulona w gruby koc. Nie potrafię uspokoić swoich poszarpanych nerwów, które uniemożliwiają mi porządne złapanie oddechu. Szok otumanił mnie całkowicie i ani śnił odpuścić, kiedy zmagam się z moimi pogmatwanymi myślami. Wiem, że od razu jestem na straconej pozycji.
Jestem wykończona ciągłymi pytaniami od policji. Ktoś niezwykle miły i zapewne mający na uwadze mój stan psychiczny powiedział, że miałam styczność z dwójką z nich, co pogrzebało praktycznie całe moje opanowanie. Chcę po prostu na chwilę zapomnieć o dzisiejszym wieczorze.
Moja rodzina także mi nie pomaga z ciągłymi pytaniami odnośnie tego, jak się czuję. Powtarzam tylko za każdym razem jak mantrę "chcę do domu", i dopiero kiedy prawie się rozpłakuję przy stąpaniu po kruchym lodzie - odpuszczają. Chcę ich zrozumieć ale nie mogę, wir kolokwialnych wspomnień przedziera się cały czas przez mój umysł. To jak wciskanie przycisku replay.
Przy pomocy mojego brata wchodzę po schodach do mojego pokoju. Upieram się, że dam radę, chociaż w głębi serca doskonale wiem, że tak nie jest. Otwiera cicho drzwi a ja czuję się lepiej widząc znajome miejsce. Wiem, że jestem bezpieczna.
– Połóż się, Seo – mówi cicho, przykrywając mnie kołdrą. Zaciskam mocniej oczy, niebezpiecznie balansując na krawędzi mojej wytrzymałości. Nie chcę się znowu rozpłakać.
– Dziękuję, Dae – szepcę, miętoląc nerwowo kołdrę w dłoniach. Jest przyjemnie zimna. – Nic Ci nie jest? – pytam, przyglądając się dokładniej jego twarzy, aby upewnić się że nic mu nie zrobili.
– Jestem cały i zdrowy – odpowiada z lekkim uśmiechem, a ja go odwzajemniam kiedy głaszcze mnie czule po głowie. – Idź spać, mała. Dobranoc – mówiąc to idzie w stronę drzwi i cicho je zamyka.
Zostaję sama. Sama ze swoimi myślami, które atakują mnie niczym stado os.
Podskakuję gwałtownie na dźwięk przychodzącego sms-a. Przeklinam siebie zawzięcie w duchu i podnoszę się leniwie z łóżka. Chwytam telefon w dłonie i marszczę brwi na widok nieznanego mi numeru, który ledwo odczytuję przez zmęczenie.
Co do cholery.
Przejeżdżam dłonią po śliskim materiale, zagryzając mocno dolną wargę. Próbuję unormować swój przyśpieszony oddech ale myśli które ciągle uciążliwie męczą mój umysł ani śnią odpuścić, doprowadzając mnie tym samym do chęci wydrapania sobie oczu. Wyimaginowany obraz mojej własnej rzeczywistości pęka jak bańka mydlana w momencie, kiedy uświadamiam sobie że mam tylko pół godziny na doprowadzenie się do porządku.
Spotkania biznesowe mojego ojca są jedną, największą wadą w jego zawodzie. Pracuje jako przedstawiciel handlowy jednej z większych firm na rynku, a co się z tym wiąże - jego, jak i zarówno nasze życie jest dość skomplikowane, jak splątany sznurek którego rozwiązanie potrafi zająć dużo czasu. Ale i również nerwów, które potrafią zmieniać barwę tak często jak zmienność jego charakteru, rozpoczynając od porannej kawy a kończąc na kłótni o rozwodzie.
Kiedyś myślałam że nie jestem w stanie tego zaakceptować. Ciągły stres i nerwy powodowały u mnie silne załamania, jakby ktoś próbował złamać gałązkę. Jako 15 latka przechodziłam okres buntu, jednak tamten czas pamiętam jak przez mgłę, ledwo namacalną, drgającą jak tafla wody podczas ulewnego deszczu. Nie, żeby mi było przykro z tego powodu. Ale z czasem przestałam wszystko czuć, a moja psychika zmieniła mocno nastawienie do otaczającego mnie świata, zniekształcając go jak żar plastikową butelkę. Paradoks.
Przyglądam się sobie w dużym lustrze ze złotą ramą. Moja podświadomość krzyczy mi, że w tym odcieniu wyglądam naprawdę dobrze. Ostra czerwień mocno kontrastuje z moją bladą cerą w odcieniu kości słoniowej, jak twierdzą wszyscy - delikatnej jak jedwab, gdzieniegdzie przyozdobionej małymi pieprzykami. Nie sądziłam że mój ojciec ma taki dobry gust.
Na samą myśl o zbliżającym się wydarzeniu żołądek postanawia sobie ze mnie pożartować, a nie pomaga mi to ani odrobinę w zrobieniu makijażu, którego wymaga ode mnie tata. Lubi on kobiety zadbane, przez co kładzie mocny nacisk na mnie, moją mamę oraz starszą siostrę. Tylko brat jest od tego wolny, i w takich momentach zazdroszczę mu tego, że jednak jest facetem, a jego dbanie o siebie ogranicza się tylko do wzięcia prysznica i wypsikania się drogimi perfumami. Tak już jest.
Uśmiecham się lekko, ledwo zauważalnie, podczas patrzenia w swoje odbicie. Mogłam przyznać sama przed sobą, że odwaliłam kawał dobrej roboty. Z brzydkiego kaczątka w pięknego łabędzia, myślę, spinając wsuwką pasma włosów po bokach mojej głowy. Przejeżdżam palcem wskazującym po policzku, wędruję nim aż do ust, i mocniej rozcieram czerwoną szminkę. Denerwuję się.
Biorę głęboki wdech, próbując opanować całą siebie, co przychodzi mi z ogromnym trudem. Wir kolokwialnych wspomnień ponownie tańczy mi przed oczami, ale nie znajduje stałego miejsca w moim umyśle - przechodzi jak tornado, które ginie wokół otaczającej go nicości, pozostawiając jedynie głuchą, pustą ciszę. Pozostawiając brak jakiejkolwiek nadziei. Zaciskam mocno oczy, liczę po cichu do dziesięciu, otwieram je i zdecydowanym ruchem chwytam czarną torebkę leżącą na białej pościeli mojego łóżka. Ostatni raz zerkam niepewnie w lustro, po czym otwieram drzwi i chwiejnym krokiem schodzę na dół.
~||~
Stoję w dużym holu. Ściany mają tutaj odcień złota, szkarłatu oraz bieli. Pod sufitem wiszą kryształowe żyrandole w wiktoriańskim stylu. Na ścianach swoje miejsce znalazły obrazy, które mama kupiła w Paryżu na wystawie młodego artysty, kiedy była tam w sprawie nowego wydania jej magazynu, oraz aby spotkać się z jedną z modelek które miały zagościć na jednej z jego okładek ze specjalnej sesji zdjęciowej. Duże okno ciągnące się przez całą ścianę umożliwiało widok na całą panoramę Suelu. Miętolę nerwowo kawałek satynowej sukni i podchodzę do niego, uśmiechając się lekko pod nosem na obraz przyjemnego widoku. Słońce dawno zniknęło za horyzontem, a nocne życie tego miasta już się rozpoczęło.
– Seo, czy jesteś gotowa? – do moich uszu dobiega chrypki głos ojca. Odwracam szybko głowę, by ujrzeć przede mną wysokiego mężczyznę, ubranego w czarny garnitur. Ciemne włosy są zaczesane do tyłu na żel, a pomimo wszelakich próśb matki - nadal nie zgolił brody.
– Chyba tak – odpowiadam lekko spiętym głosem. Wysilam się na zobojętniały uśmiech. – Tak, ojcze – dodaję, widząc jego niepewną minę. Nie podoba mi się to.
– Denerwujesz się? – pyta, kręcąc głową. Od zawsze miał specyficzny charakter i nigdy nie potrafił zrozumieć kobiet. Dla niego świat zawsze był prosty, czarno - biały.
– Odrobinę – przyznaję. A niech to, niech jeszcze rozpocznie się przesłuchanie oraz wygłaszanie jego mądrości.
Z uciążliwej sytuacji ratuje mnie mama, schodząca właśnie po krętych schodach. Ma na sobie długą suknię w kolorze oceanu, która ciągnie się za nią odrobinę po podłodze. Wygląda jak zawsze olśniewająco, i przy niej sama bogini piękna wypadłaby naprawdę słabo, usuwając się posłusznie w cień.
– Co tu się dzieje? – na jej ustach błądzi lekki uśmiech.
– Tato się po prostu pytał czy jestem gotowa – powstrzymuję chęć przewrócenia oczami. – Ślicznie wyglądasz, mamo – gładko zmieniam temat. Naprawdę nie mam ochoty na dalszą dyskusję.
– Dziękuję kochanie – podchodzi do mnie, a wysokie szpilki odbijają się echem od lśniącej podłogi. Całuje mnie lekko w policzek, starając się nie ubrudzić mnie ciemną szminką.
W tym samym momencie do moich uszu dociera rozbawiony głos mojego młodszego brata oraz cichy chichot naszej starszej siostry. Odwracam się w stronę drzwi prowadzących do dużego przedpokoju i natychmiast Eunji doskakuje do mnie w trybie natychmiastowym, wieszając mi się na szyi. Umysłem próbuję pojąć jak ona to zrobiła na 15-sto centymetrowych szpilkach, ale wirująca rzeczywistość przysłania mi wszystko mgłą. Cholerne zdenerwowanie, myślę, obejmując ją dłońmi w pasie. Żałuję że nie mogę podzielić jej entuzjazmu.
Eunji to wysoka blondynka o krągłościach w odpowiednich miejsach. Ma 21 lat i studiuje filozofię na jednym z najlepszych prywatnych uniwersytetów jakie tylko są w Korei. Gdy się ją spotyka pierwszy raz można odnieść wrażenie że to zamknięta w sobie dziewczyna, która boi się otworzyć na innych - nic bardziej mylnego. Wystarczy odpowiednie towarzystwo by zamieniła się w tryskającą energią oraz radością Eunji, ze swoim naturalnym błyskiem w oczach, które swoją drogą są w stanie otumanić każdego, kto tylko w nie spojrzy. Lekko przysłonięta tajemniczością jeszcze bardziej przyciąga niezwykle cenną uwagę.
Której ja nie potrafię zdobyć.
– Wyglądasz ślicznie, Seo-ah – stwierdza, przyglądając mi się uważnie. Nawet pod wzrokiem siostry muszę odczuwać chęć zapadnięcia się pod ziemię.
– Ty również, Eunji. Purpura to zdecydowanie Twój odcień – bąkam nieśmiało.
Czasami naprawdę mam dość tej sztywności.
– Minhyuk mówił, że mamy stawić się w Pride o 20, drogie Panie – mówi ojciec, marszcząc brwi podczas patrzenia na nowy zegarek. – Więc mamy pół godziny.
Wymieniamy z Eunji krótkie spojrzenia. Zaciskam mocno usta kiedy mocno chwyta moją rękę w podekscytowaniu.
Wieczór dorosłych czas zacząć.
~||~
Sala Pride mieści się w okazałym wieżowcu ze szkła oraz stali, wysokiego na 25 pięter. Samo miejsce zebrań znajduje się zaraz na parterze.
Muszę przyznać sama przed sobą że sala jest naprawdę ładna. Utrzymana w skrajnie różnych odcieniach tworzy nieodłączalną, wyjątkową całość, umiejętnie oddającą kruchą atmosferę, przesiąkniętą zarówno stresem jak i dobrym humorem. Czuć to aż nad wyraz wyraźnie, ale przez moment myślę, iż to jest właśnie urok całej niecodzienności. Nie potrafię jednak długo tego utrzymać, bo zaraz myślę sobie o przedstawianiu mojej osoby przed gronem blisko stu osób, i chce mi się zwrócić czerwone wino prosto na śnieżnobiały obrus.
Siedzę ściśnięta pomiędzy moim bratem a siostrą, która zajęta jest rozmową z naprawdę przystojnym facetem, nie zwracając na mnie najmniejszej uwagi. Odstawiam kieliszek ze szkarłatną cieczą na stół i wyczekuję pojawienia się głównego gościa dzisiejszego wieczoru - Kim Soungha, głównego przedstawiciela firmy handlowej, współpracującego z przedsiębiorstwem mojego ojca. Oprócz spraw słóżbowych są oni dobrymi przyjaciółmi, a Soungh to bliska osoba dla naszej rodziny.
– Seo, oddychaj – czuję lekkie szturchnięcie w bok, po czym odwracam głowę i muszę zmierzyć się z karcącym wzrokiem mojego młodszego brata. Skulam się w duchu. – Masz całe sine usta, nie masz czym się stresować.
– Łatwo Ci mówić – prycham, jednak w duchu doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ma on rację.
Czasami jednak nie umiem stoczyć wewnętrznej walki twarzą w twarz z moim lękiem, jakby coś pochłaniało mnie od środka, drgając powoli jak bańka mydlana. Staram się oddychać za prośbą mojego brata.
Do moich uszu dobiega cichy pisk spowodowany zakłóceniami mikrofonu, z którym stara się walczyć dwójka mężczyzn z obsługi, sprawiając że każdy momentalnie skupia się na nich. Wodzę wzrokiem po twarzach zebranych osób i dostrzegam że próbują stłumić śmiech. Po chwili na środku sali pojawia się mężczyzna ubrany w granatowy garnitur oraz czerwony krawat, wyglądający młodziej niż zazwyczaj, który przejmuje złośliwe urządenie. Od razu rozpoznaję charakterystyczny uśmiech na szerokich ustach, który zawsze miał w sobie odrobinę tajemniczości i intrygancji, zmuszając byś zwróciła na niego swoją uwagę mimowolnie - Kim Soungh. Zauważam kątem oka jak tata momentalnie się ożywia na jego widok, skupiając całą swoją uwagę na dobrym przyjacielu.
Przedstawienie czas zacząć.
~||~
– Firma ma naprawdę dobre akcje, Myung. Myślę że powinniśmy iść w dalszym kierunku, jeżeli chcemy utrzymać dobrą, a nawet wyższą pozycję na rynku.
Słucham w znudzeniu rozmowy mojego taty z Sounghiem, starając się powstrzymać aby nie zasnąć. Idzie mi to dość opornie, zwłaszcza walka z objęciami Morfeusza, a obraz rozmywa się niekontrolowanie. Przeżyłam przedstawienie i naprawdę chciałabym wrócić do domu aby móc odetchnąć po dzisiejszym wieczorze.
– Masz jakiś plan, Soung? Ostatnio spędzałeś godziny w swoim gabinecie i żywiłem nadzieję, że planujesz coś większego. Coś, co zmiotłoby pozostałe firmy, a z Twoimi ambicjami jest to możliwe – ojciec sięga po jedną krewetkę leżącą na złoconym talerzu, a ja przyjmuję do świadomości że jestem głodna.
Ale kalorie.
– Właściwie, to tak. Planuję podnieść oraz uporządkować wszystkie materiały aby przyjrzeć się dokładniej czego nam brakuje. Dojrzenie ukrytych wad w naszych papierach jest podstawowym fundamentem odniesienia jakiegoś większego sukcesu, a później już tylko z górki.
Spoglądam na Eunji zajętą pisaniem SMSa na telefonie. Wzdycham w duchu że przez moje zdenerwowanie, które opanowało i ścisnęło mnie niewidzialnym sznurem mocniej niż zazwyczaj, zapomniałam nawet telefonu a on mógłby okazać się jedyną, porządną rozrywką na tym nudnym bankiecie. Zaciskam mocno usta i nie pozwalam uciec moim poszarpanym myślom poza obaszar mojego umysłu, chociaż i tak czasami uważam że wybiegają one zdecydowanie zbyt daleko. Jakbym dotykała palcami niebezpiecznie kruchego lodu, pod którym znajduje się gorąca lawa, gotowa spalić wszystko co tylko stanie jej na drodze i wyrzucić gdzieś pomiędzy wraki człowieczeństwa. Brak zahamowań oraz barier.
– Seo, wyglądasz jakbyś miała nam za moment padnąć – słyszę ironiczny głos mojej siostrzyczki, co wprawia mnie w stan chęci wywrócenia oczami, czyli czegoś, czego nie znosi jeżeli chodzi o jej skomplikowanie złożoną osobę. – Wróć do rzeczywistości – ignoruję jej dłoń przed moimi oczami.
– Chciałabym po prostu wrócić do domu, Eunji – rzucam opryskliwym tonem.
W tym samym momencie naszą uwagę zwraca zamieszanie tworzące się przy głównym wejściu. Wychylam mocniej głowę aby dojrzeć dokładniej co się dzieje, jednak zostaję brutalnie popchnięta na siedzenie przez mojego brata, który nagłym ruchem wstał z krzesła. Spoglądam na niego zdezorientowanym wzrokiem, a później na resztę otaczających nas ludzi. Nie rozumiem całego zamieszania, dopóki do moich uszu nie dobiegają stłumione krzyki.
Nie potrafię zareagować kiedy do pomieszczenia nagle wpada 4, może 5 mężczyzn. Zauważam że każdy z nich jest ubrany tak samo - w czarną, skórzaną kurtkę, biały podkoszulek, czarne spodnie oraz tego samego koloru buty. Przyglądam im się początkowo z fascynacją, ale nie umiem dokładnie dojrzeć ich twarzy, praktycznie każdy z nich ma na sobie ciemną maskę oraz grzywkę zasłaniającą oczy. Jedynie jeden z nich nie zasłonił swojej twarzy.
Czuję jak ktoś mnie łapie mocno za rękę i podnosi z krzesła. Z moich ust wyrywa się cichy syk a serce momentalnie przyspiesza swój rytm, uspokajam się dopiero w pewnym stopniu kiedy widzę swojego ojca. Przełykam ciężko ślinię widząc jego przysłoniętą strachem oraz zimnym opanowaniem twarz. Nie wiem co się dzieje.
Słyszę cichy krzyk mojej siostry, co wprawia mnie w stan oszołomienia, odcinając od rzeczywistości. Czuję jedynie jak silna dłoń puszcza moje ramię, a ja zostaję sama wśród otaczającego mnie chaosu. Dociera do mnie tylko obraz uciekających ludzi, mężczyzn, kobiet czy nawet tych w moich wieku. Dyszę cicho, rozglądając się po całym pomieszczeniu - nie wiem nawet kiedy to wszystko się stało, dla mnie były to tylko złamane sekundy dalszego istnienia. Krzesła stojące przy stołach były porozrzucane po całej sali, niektóre połamane a inne całkiem zniszczone. Obrusy zostały poplamione przez jedzenie, które wylądowało nawet na czerwonych ścianach, oknach czy nawet zasłonach. Jak przez szybę dobiegają do mnie krzyki ludzi, odnoszę przepojone strachem uczucie że nawet i śmiechy.
W tym samym momencie odzyskuję kontrolę nad swoim ciałem. Zauważam kątem oka jednego z nich, wysokiego bruneta z włosami zaczesanymi na żel. Czuję jak tracę grunt pod nogami w momencie kiedy dostrzegam malujący się na jego ustach uśmiech oraz błyszczący w świetle lamp pistolet w prawej dłoni. Próbuję oddychać i zmusić swoje ciało do wykonania jakiegoś ruchu, jednak wszystko stanęło w miejscu. Nie potrafię.
– Sehun! – brunet odwraca głowę i opuszcza pistolet. Uśmiech na jego ustach poszerza się jeszcze bardziej, więc wodzę za jego wzrokiem, i dostrzegam zmierzającego w naszą stronę kolejnego z nich.
Wysilam się, aby dokładnie przeanalizować jego twarz. Nazywam samą siebie w myślach hipokrytką, prawdopodobnie chcą mnie zabić, a ja chcę znać chociaż twarz każdego z nich. Ma blond włosy z przedziałkiem pośrodku oraz śniadą karnację i duże, pełne usta.
Moja dłoń wędruje do ściany kiedy patrzy na mnie, uśmiechając się przy tym dziko, z jakimś nieznanym dla mnie dziecięcym podekscytowaniem w oczach. Nie potrafię dokładnie tego określić, ponieważ całą swoją uwagę skupiam na tym, aby wykonać jakiś ruch. Cokolwiek, co umożliwiłoby mi ucieczkę. Jednak nie jestem w stanie.
– Panna Lee – cmoka z dezaprobatą blondyn, stając obok bruneta. Oddycham szybciej, kiedy przejeżdża po moim ciele wzrokiem, a ja stoję przygwożdżona plecami do chłodnej ściany, nijak ułatwiającej mi ucieczkę.
Wymieniają się z brunetem spojrzeniami, kiedy słyszą policyjną syrenę pod budynkiem. Ten drugi w trybie natychmiastowym chowa pistolet do kurtki po czym zwinnym ruchem doskakuje do okna wychodzącego na tyły wieżowca i ginie za nim, tak samo jak reszta.
– Do zobaczenia, ślicznotko – otwieram szerzej oczy kiedy blondyn mruga w moją stronę, i w tym samym momencie kiedy do środka wchodzą policjancji i robi to, co poprzednio jego wspólnik.
~||~
Siedzę w samochodzie opatulona w gruby koc. Nie potrafię uspokoić swoich poszarpanych nerwów, które uniemożliwiają mi porządne złapanie oddechu. Szok otumanił mnie całkowicie i ani śnił odpuścić, kiedy zmagam się z moimi pogmatwanymi myślami. Wiem, że od razu jestem na straconej pozycji.
Jestem wykończona ciągłymi pytaniami od policji. Ktoś niezwykle miły i zapewne mający na uwadze mój stan psychiczny powiedział, że miałam styczność z dwójką z nich, co pogrzebało praktycznie całe moje opanowanie. Chcę po prostu na chwilę zapomnieć o dzisiejszym wieczorze.
Moja rodzina także mi nie pomaga z ciągłymi pytaniami odnośnie tego, jak się czuję. Powtarzam tylko za każdym razem jak mantrę "chcę do domu", i dopiero kiedy prawie się rozpłakuję przy stąpaniu po kruchym lodzie - odpuszczają. Chcę ich zrozumieć ale nie mogę, wir kolokwialnych wspomnień przedziera się cały czas przez mój umysł. To jak wciskanie przycisku replay.
Przy pomocy mojego brata wchodzę po schodach do mojego pokoju. Upieram się, że dam radę, chociaż w głębi serca doskonale wiem, że tak nie jest. Otwiera cicho drzwi a ja czuję się lepiej widząc znajome miejsce. Wiem, że jestem bezpieczna.
– Połóż się, Seo – mówi cicho, przykrywając mnie kołdrą. Zaciskam mocniej oczy, niebezpiecznie balansując na krawędzi mojej wytrzymałości. Nie chcę się znowu rozpłakać.
– Dziękuję, Dae – szepcę, miętoląc nerwowo kołdrę w dłoniach. Jest przyjemnie zimna. – Nic Ci nie jest? – pytam, przyglądając się dokładniej jego twarzy, aby upewnić się że nic mu nie zrobili.
– Jestem cały i zdrowy – odpowiada z lekkim uśmiechem, a ja go odwzajemniam kiedy głaszcze mnie czule po głowie. – Idź spać, mała. Dobranoc – mówiąc to idzie w stronę drzwi i cicho je zamyka.
Zostaję sama. Sama ze swoimi myślami, które atakują mnie niczym stado os.
Podskakuję gwałtownie na dźwięk przychodzącego sms-a. Przeklinam siebie zawzięcie w duchu i podnoszę się leniwie z łóżka. Chwytam telefon w dłonie i marszczę brwi na widok nieznanego mi numeru, który ledwo odczytuję przez zmęczenie.
Od: Nieznany
Dobranoc, ślicznotko. Wyglądasz naprawdę ładnie w czerwieni.
Co do cholery.
Nezi wariuje. Rozdział jest naprawdę genialny. Świetnie napisany, szybko się czytało (wykluczając oczywiście moje momenty zatrzymywania się, kiedy czytałam jedno zdanie z dwieście razy z powodu fangirlingu lol) i bardzo przyjemnie. Pomysł to już w ogóle doprowadza mnie do stanu szaleństwa, a Sehun z pistoletem to moje nowe życie. Hłang, kuxwa, niech ci weny nie brakuje, bo ja potrzebuje kolejnego rozdziału. :')))))))))) Kocham cię. Kocham to fanfikszyn. Bye.
OdpowiedzUsuńSiedzę z rozchyloną ustą i wysilam się napisać coś sensownego. W tej chwili mam ochotę wyspamować Ci przypadkowymi literkami bez końca. Tak, ASFNFLLSNZBAMSKWNA. Co to było, boże, dziewczyno. Nie spodziewałam się takiej akcji, nie ukrywam, że mi się bardzo w cholerę podoba i pragnę wiedzieć co dalej.
OdpowiedzUsuńPrzyznaję, że podczas tego gansterskiego wejścia na bankiet miałam przed oczami VERY GOOD 8D.
Wcale ją teraz nie nuce, nieee.
Dziewczyno, ty moja. Odpowiedz mi, dlaczego ludzie wokół mnie tak bardzo.... /nie umiem dobierać w odpowiednych słów, ale spokojnie, POZYTYWNYCH./
Jak odpiszesz mi, coś w stylu, że średnio piszesz, to Cię wykastruje, a hajs Zijaczka musi niestety odłożyć na twój pogrzebi i kigurumi z królikiem dla niego - odpada. :")
Życzę weny, pomysłów, ale żebyś też uważała na rączki, żeby nie bolały. No nic, kocham Cię Hłang.